Bayern większym walcem niż Niemcy z Brazylią

Po wczorajszym niesamowitym meczu w Lizbonie, zaczęły się naturalne porównania do blamażu Brazylii w półfinale mistrzostw świata w 2014 roku, gdy nasi zachodni sąsiedzi rozbili Canarinhos 7:1. Trzeba jednak przyznać, że wczorajsza klęska Barcelony była jeszcze bardziej drastyczna.

To, że Bayern pod wodzą Hansa-Dietera Flicka wygląda jak z innej planety, mówiło się od dawna. Jednocześnie jednak powtarzano, że mimo kompletu zwycięstw do tej pory Bawarczykom nie trafił się żaden konkretny rywal, a po powrocie na boiska po lockdownie jedynie Borussia Dortmund postawiła się mistrzom Niemiec, ostatecznie i tak przegrywając 0:1.

Również Chelsea nie powalała na kolana, dlatego przejechanie się po niej Lewandowskiego Bayernu nie wywołało takiego szumu. Barcelona mimo wyeliminowania Napoli, polegała głównie na Messim, a tego w meczu z Niemcami po prostu zabrakło. I nagle okazało się, że w sumie ta Barcelona nie jest taka mocna.

Porównanie do słynnego półfinału mistrzostw świata z 2014 roku przyszło naturalnie, jednak trzeba przyznać, że Lewandowski i spółka byli bardziej brutalni. Wczoraj w drugiej połowie oglądaliśmy dobijanie nieżyjącego.

Brazylia była sześć lat temu kompletnie rozbitą kontuzją Neymara, który miał się okazać zbawcą i drugim Pele. Presja z racji roli gospodarza była ogromna, jednak mimo awansu do tej fazy „Canarinhos” nie powalali. Wygrana po karnych z Chile i pokonanie Kolumbii nie wskazywało raczej graczy z Ameryki Południowej do roli faworyta. Szczególnie, że zabrakło Neymara, a wszyscy zamiast przejmować się boiskiem, zaczęli myśleć o pobycie w szpitalu swojego Mesjasza.

Barcelona też nie wyglądała ostatnio przekonująco, ale miała Messiego, dla którego to pewnie ostatni moment, na zryw. Argentyńczyk ma już jednak 33 lata i nie jest zwyczajnie w stanie ciągnąć za uszy kolegów przez kilkanaście lat.

Mimo wszystko to Katalończycy robili więcej szumu na początku meczu. Mimo szybkiego gola Thomasa Mullera szybko zdołali odpowiedzieć, a dokładniej odpowiedział za nich David Alaba. Jednak to Hiszpanie wydawało się prowadzą grę. Aż do 21 minuty. Ivan Perisić zachował się jak rasowy snajper i będąc w polu karnym po prostu kropnął. Miał pewnie przy tym mnóstwo szczęścia, ale ogromny plus za decyzje. Chorwat nie bawił się w wirtuoza. Po prostu uderzył z całej siły, a piłka zatrzepotała w siatce.

Ten moment praktycznie zakończył mecz. Z racji dwóch zespołów ultraofensywnych i niebywale dziurawych linii obrony oglądaliśmy fantastyczny spektakl, ale na pierwszy plan wyszli Niemcy. Barcelona z każdą chwilą co raz bardziej gasła, za to Bayern zwyczajnie się bawił. Jeden zryw Suareza to było za mało, żeby w ogóle gracze Hansa Flicka zauważyli rywala.

To jednak chyba gwóźdź do trumny Barcelony. Wczoraj czwórka obrońców w pakiecie z Sergio Busquetsem wyglądała jak Azjaci z aparatem w muzeum. O całej piątce nie można powiedzieć nic dobrego. Podobnie o Arturo Vidalu, czy Leo Messim. Jeżeli Marc-Andre Ter Stegen kilkukrotnie uratował swój zespół przed stratą bramki, a i tak wyciągał piłkę z siatki ośmiokrotnie, do oceny meczu nie trzeba niczego więcej dodawać.

Wydawało się, że jedyne odpały, w którym można było Katalończykom zarzucić, że chcą się postawić, miewali Luis Suarez i Frenkie de Jong. W Bayernie bardzo słabo wypadli Jerome Boateng (miał flashbacki Messiego przy golu Suareza) i David Alaba, poza tym jednak wszędzie było widać moc. Alphonso Davies przy bramce Kimmicha spakował koszmarnego Semedo do walizki, zapiął na kłódkę, zakleił taśmą i wysłał do Amazona.

Portugalczyk wyglądał jakby na stadion trafił przez przypadek, a buty na siłę wcisnął mu nogi Setien, dał kopa i ze łzami w oczach rzucił „Przykro mi”. Wypadł gorzej niż Tomasz Hajto w starciu z Pauletą. Jednak ani Pique, ani Lenglet wcale nie wypadli lepiej.

Przyszła pora na gruntowne zmiany. Jak powiedział Pique, jeżeli trzeba, mogę odejść. No cóż. Z całym szacunkiem, ale tak. Odejdź. I weź ze sobą Busquetsa. Niestety czas tych graczy dobiegł końca i dopóki Barcelona nie rozglądnie się za prawdziwymi następcami będzie cierpieć i żaden trener tego nie odkręci. Poleganie na Messim na dłuższą metę nic nie da. Wszystkich na koniec wyjaśnił i tak wypychany ze stolicy Katalonii Coutinho.

A. Jeszcze słówko o Lewandowskim, bo mówienie, że wczoraj zawiódł zachodzi o kretynizm. Asysta przy pierwszym golu, później doskonała sytuacja po wyłuskaniu sobie piłki na linii pola karnego. Od Lewandowskiego zaczęła się akcja na 4:1, gdy fantastycznie odebrał piłkę w narożniku boiska, bramka na 6:2. Cztery celne strzały, dwa kluczowe podania. Nie bądźmy hipokrytami. Był absolutnie brutalny. A to, że strzela bramki jak na zawołanie, nie znaczy, że tylko na tym się kończy jego gra.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: